Chcę dostać na maila info o nowych artykułach!


 

© STREET LEGENDS, 2013

Ostatni rok na Wojnie

Na początku należą się Wam przeprosiny od nas, ode mnie, za to, że od lipca nie było artykułów, więc po prostu – przepraszam, ale dzisiejszy tekst jest właśnie konkretnie o niczym innym, jak o przyczynie braku czasu na artykuły na streetlegends.pl i postaram się jego długością nadrobić absencję.

Zakończyliśmy niedawno sezon motoryzacyjny 2013, kończy się też rok, auta pochowane w dziuplach i garażach, niektóre tylko, jak moje na przykład padło, hardkorowo nadal pociskają po ulicach miast. Sezon ten dedykowaliśmy razem z Pawłem wyprawom na imprezy tuningowe i kręceniu relacji video z tychże przedsięwzięć, abyśta mieli co oglądać przez cały rok, a szczególnie w brzydkie zimowe wieczory kiedy trzeba sobie poprawić humor a autem wyjechać nie ma jak.

 

Wszystko zaczęło się gdzieś w lutym/marcu, kiedy dogadaliśmy się z chłopakami z Tuning Kingz – Kacprem i Kubą w kwestii tripów na wszystkie eliminacje Wojny Północ-Południe i nagrywania oficjalnych klipów video z organizowanych przez nich eventów.

Myśleliśmy, że będzie to łatwe, szybkie, przyjemne, przecież to auta, ludzie, imprezy, czysty fun. Jeszcze nigdy nie myliliśmy się tak bardzo. To co czekało nas na wyprawach do różnistych miejsc w Polsce przerosło znacznie nasze oczekiwania.

Dziś już wiemy – ciężko się kręci filmy po alkoholu, równie ciężko na kacu. Generalnie ciężko się kręci filmy gdy spotyka się tak wielu zajawkowych ludzi gdzie z każdym chce się pogadać, napić, gdzie jest tyle aut, że każde chciało by się obczaić z tej i z tamtej, poznać właścicieli. Ciężko się kręci jak jest 30 stopni upał bo się nie chce, ciężko jak leje deszcz, ciężko jak 10 stopni na dworze no bo sprzęt cenny i tak dalej. Ale jakoś daliśmy radę, bo kochamy robić to co robimy.

Pierwszy był Szczecin. Pierwsza wyprawa moim świeżo zakupionym trip-vagonem czyli Golfem-trzy-kombi na ropę, który był cały czerwony ale drzwi  i błotnik miał białe. Na bramie nie chcieli nas wpuścić. Trzeba było wołać organizatora bo „odźwierni” mimo identyfikatorów „organizator” po zobaczeniu naszego zacnego rydwanu ognia nie chcieli podnieść łańcucha i nas wpuścić. W sumie to nie dziwię się im…  udało nam się wjechać. Luneło deszczem. Piękny start. Pół dnia lało pół dnia nie lało, generalnie szaleństwa nie było, co tez widać na ujęciach z tego eventu. W Szczecinie najlepsze było afterparty… mało kto wrócił z niego żywy, mamy z niego jednak jedno wesołe wspomnienie :

Środek miasta, koło 2-3 w nocy, nawaleni dość mocno zamawiamy taksówkę niewiedząc gdzie jesteśmy, z trudem ustalając telefonicznie naszą lokalizację na podstawie krajobrazu dookoła nas (jakiś kościół, jakiś urząd, duża reklama banku… nowjjjje pani na rogu). Przyjeżdża taksówka. Mercedes baleron oczywiście, a co innego. Kebab siadł z tyłu ja z przodu, to był mega wielki błąd. Wszedłem w dyskusje z taksiarzem, typowy mirek, wiek jednak dość młody koło trzydziechy z hakiem. Gaworzymy sobie o jego mercedesie, patrze na deske rozdzielczą jak się świeci naplakowana do oporu, i mowię do niego :

- Panie, maszzzz Pannn deske tuustom!
- Wcale nie!
- No jak nie przecież widzę żeeest tuuusta!
- Panie co pan, dobry markowy środek do kokpitu używam, wcale nie jest tłusta!
- [przejechałem palcem po desce i pokazuję mu uwalony od Plaka palec] – Panie! Widzisz pan! TUUUSTA DESKAAA ! Nie wooonnoo używać Plaka mówie Wam, a wy wszyscy go używacie! A my to go tylko do opon używamy!

Taksiarz odburknął, olał mnie, Kebab zesrany, że nie dojedziemy w jednym kawałku do noclegowni, siedział z tyłu i milczał. Dowiózł nas, skasował jak za zboże, pewnie na plaka mu dorzuciliśmy, cudem nie zginęliśmy w Szczecinie, a było blisko, po łbach byśmy dostali za „tusstom deske” ;)

Druga wyprawa była do Łodzi, Wojna na Manufakturze. Piękna miejscówka powiadam wam, jak całe miasto Łódź a w szczególności jego centralna część jest w moim mniemaniu brzydka przeokrutnie, tak ta odrestaurowana manufaktura jest przepiękna. Nie mogło być za pięknie, oczywiście lało jak z cebra i 8 stopni na dworze. No kapitalnie. Nie było innej metody jak kupić wódkę i dolać sobie do herbaty co z resztą jest na filmie z całego roku, uratowało nam to życie. Ujęcia, które widzicie z Łodzi były nagrywane w tych krótkich półgodzinnych lukach kiedy nie lało, trudna sprawa generalnie ale udało się, jakoś. Ale za kulisami w Łodzi działo się kilka bardzo ciekawych rzeczy wartych wspomnienia, które zostaną w naszej pamięci trochę dłużej. Pierwsza – nocleg na Bałutach w hostelu. Na zdjęciach wszystko było pięknie i tanio. Przyjeżdżamy na miejsce, kamienica standardowa speluna jak na „trójkącie bermudzkim” czy Ołbinie we Wrocławiu, długo wahaliśmy się czy w ogóle wejść. Weszliśmy, schody, z korytarza po lewej wyłonił się typowy Ździch lat koło 55 z niedopałkiem Męskiego w gębie, jak się okazało – „kustosz” tego przybytku. Kazał iść na górę, gdyż pokoje przyklepali już nasi. Wchodzimy na 1 piętro gdzie miały być pokoje noclegowe. Po korytarzu kręcą się cygańskie dzieci, szczeka pies, słychać muzykę… akordeon, precyzując sprawę. Okazało się, że nocowała tam cała cygańska rodzina ciężka do zliczenia, było ich pewnie więcej niż 10. Harmonia gra, pies szczeka, romskie niemowlę płacze jak wściekłe. Reszta ludzi trochę blada, nie wiadomo co robić, zostać czy nie. W torbach mamy sprzęt za dobre kilkanaście wypłat, podjęliśmy więc decyzję, że ewakuujemy się z miejscówki na Bałutach i szukamy czegoś bardziej cywilizowanego, i bezpieczniejszego. Cudem udało się, zawijka. Bałuty i hostele już zawsze będą się nam kojarzyć tylko z tym miejscem. Druga warta wspomnienia miejscówka w Łodzi to „Bierhalle” na Manufakturze czyli pijalnia piwa w klimacie Octoberfestu. Kapitalne piwo, kapitalne wydekoltowane kelnerki z wielkimi piersiami uginające się pod ciężarem kufli niesionych nam właśnie. Świetne żarcie do tego, świetny klimat… i chore ceny. Po dwa piwa na głowe plus jakieś tam frytki z czymśtam i półtorej stówy nie ma. No ale cycki były dobre więc niech będzie. Z piwiarni wracaliśmy w nocy w strugach deszczu przemoczeni do suchej nitki, dzięki bogu do ciepłego i suchego apartamentu.

Trzecia z kolei eliminacja, najlepsza z całego sezonu naszym zdaniem to był Kraków. Dlaczego najlepsza? Najlepsza pogoda, najlepsze samochody, najlepsza biba w klubie. Z tymi samochodami ciężka sprawa – na trzeciej już eliminacji z kolei auta praktycznie przestały na nas robić jakiekolwiek wrażenie. O custom lakier, o airride, o 400koni, o felgi za 10 koła… standard. Wszędzie to samo. W Krakowie jednak był poziom na tyle wysoki, że pomimo ogólnego już znudzenia zbieraliśmy szczęki z ziemi patrząc na wiele projektów, które tam się pojawiły. Najmilej przywitała nas ekipa z Węgier, Czech i Słowacji. Ludzie ci widzieli Pawła i mnie tylko raz, na All Stars Tuning Weekend w 2012 roku, gdzie jak to zwykle na ASTW bywa – mało kto pamięta cokolwiek. Pomimo tego, gromko przywitali nas jak braci, o godzinie 8.30 rano w sobotę słowami :
„AHOJ! VODKA JEST, BAKARDI MAME TEŻ I JACK DANIELS MAME TEŻ, POJDITE S NAMI!”

Czesi i Węgrzy to inny wymiar. Nadal kochają przepych i styl adriatycki, neony, wyświetlacze, aerografy… no nie wyleczą się z tego. Przyjrzyjcie się ich autom na filmie – np. niebieski Fiat Bravo. Ale za to imprezowicze z nich pierwsza liga, lubią naszą scenę, zawsze przyjeżdżają wyposażeni w odpowiednią ilość alkoholu… no jak ich nie uwielbiać!

Zwiedziliśmy trochę miasta wieczorem, starówkę w zasadzie, świetny klimat, piękna starówka, równie piękna jak ta nasza Wrocławska, nawet miejscami bardziej klimatyczna co nam się udzieliło bardzo. Afterparty w Krakowie było okrutne. Nie żartuję, OKRUTNE. Mega biba nie mieszcząca się w bani, co po części widać na filmie, choć jak ekipa z małopolski nam przekazała – lajcik pełny – „you haven’t seen shit niggas”. Chciałem już napisać, że nie było nikogo trzeźwego jakkolwiek na tej imprezie, jednak błąd! Był. Paweł był trzeźwy bo ktoś przecież musiał nakręcić film. Z tym filmem z afterparty w Krakowie to też dobra bania – na życzenie bardzo wielu osób, szczególnie właśnie grona Krakowskiego wzięliśmy ze sobą sprzęt do klubu. No fajnie. Nakręciliśmy mnóstwo pięknego kompromitującego materiału, szkoda tylko, że gdy wracaliśmy do domu, nie zdążyliśmy jeszcze wjechać za bramki autostrady A4, jak otrzymaliśmy poprzez facebooka kilka próśb i gróźb o nie zamieszczanie danych osób na materiale filmowym, w przeciwnym razie czekają nas konsekwencje prawne, albo wpierdol od kolegi-kolegi i wujka taty brata. No tyle śmichu ;)

Potem były eliminacje w Skaryszewie i Legnicy. Do Skaryszewa nie dojechaliśmy ze względu na moją kontuzję stawu skokowego, co skutecznie uniemożliwiało latanie z kamerą, Legnica natomiast okazała się najsłabszą imprezą w sezonie. Była to jednak jedyna na impreza, na którą udało mi się dojechać moją turbo-padliną, pralką zwaną, jak widać na zdjęciu załączonym, o!


Pomimo pięknej upalnej pogody frekwencja była niska, główna atrakcja – palenie gumy, i te sprawy. O właśnie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem tam całe lokalne teamy, które zajmują się Profesjonalnym Paleniem Gumy na imprezach motoryzacyjnych. Przyjechali w kilka osób, całymi ekipami, auta dedykowane do tej dyscypliny przyjechały na lawetach, w przyczepach mieli – naście kompletów kół na stalówkach na tylną oś. Głównie beemki i mercedesy. I teraz atrakcja zlotu nr 1 – bank rozbił gościu z jednej z ekip, który spalił gumę będąc jeszcze na lawecie! Bezcenne! Jak żałuję, że nie nagraliśmy tego, przecież to by przebiło popularnością „ale urwał” i „miotało nim jak szatan”.

Następnie kluczowy punkt programu i jedna z najbardziej lubianych w środowisku tuningowym imprez czyli ASTW. Pierwszy raz od dawna frekwencja była tak duża, pogoda tak piękna, alkohol taki dobry, basen taki zimny i mokry, że organizatorzy zaniechali całkowicie całodziennych prezentacji samochodów i wszyscy (zjechało się koło 200 samochodów) po prostu przez 3 dni melanżowali w towarzystwie najlepszych polskich projektów tuningowych wszech marek samochodów. Do tego atrakcje sportowe, pływanie, dobre żarcie stworzyły zupełnie nową jakość tej imprezie. Afterparty… szczerze powiedziawszy to nie pamiętam. Ktoś rozbił krasnala z tabletkami i co się działo na allstarsie to zostało na allstarsie. Pech sprawił, że na terenie tego obiektu oprócz ASTW w budynku restauracji odbywało się wesele. Wyobraźcie to sobie. Około 200 porobionych aut, 300 nawalonych zapaleńców motoryzacji świetnie się bawiących, w jednym miejscu z czyimś weselem… To się musiało źle skończyć. Ja mówiłem że to był błąd, nie słuchali. Uprzedzali Panią właścicielkę – ona pełny luz. Skończyło się jak się skończyło – nasi poszli na wesele. Najpierw wydębili wódkę, zaśpiewali sto lat, fajnie, ale jak już mówiłem pękł krasnal z tabletami, i oczywiście w przypływie zjawisk twórczych jeden taki, z imienia i nazwiska nie wymienię, raczył na wesele wejść ponownie i pokazać wszystkim swoje obnażone do kolan owłosione pośladki…  i teraz co najdziwniejsze, właściciele ośrodka nie mieli ponoć żalu, nie było scesji, zarzekała się, że możemy przyjechać za rok. Dziwne, niezrozumiałe. Z drugiej strony nie ma tragedii w stosunku do tego co działo się na allstarsach wcześniejszych, a bywały już ekscesy różne, jak na przykład odpalenie gaśnicy proszkowej w pokoju czy utajone oddanie kału przez anonima za kotarą w noclegowni. Suma summarum ASTW niesamowicie udany, dobrze wspominany, ogromna impreza o świetnym poziomie i z niesamowitym melanżem – wszystko jak na dłoni macie na filmie z tego wydarzenia, który pomimo iż trzeźwi nie byliśmy udało się nam nawet w miarę sensownie nagrać.

Ostatnia eliminacja czyli Katowice i ichne Summer Cars Party dumnie okrzyknięte mianem największej imprezy motoryzacyjnej w Polsce. Nie bez powodu, impreza definitywnie największa. Ogrom atrakcji i rzeczy do obejrzenia, wystawy, wyścigi, drifty, wesołe miasteczko, skoki na bungee, kupa świetnych firm tuningowych ze swoimi stoiskami, do tego świetna pogoda, dużo fajnych dziewczyn. Klimat imprezy jednak zepsuły trochę ekscesy będące następstwami śmiercionośnego połączenia dużej ilości alkoholu oraz nadmiaru mięśni. Ktoś tam kogoś tam pobił, auta potłukł, do sądu chcieli iść, standardowo. Całe szczęście wszyscy się dogadali, szkody pokryte, jakoś rozeszło się po kościach. Czesi znowu byli i jak zawsze pokazali poziom kapitalnymi autami – na filmie delfinowe Audi w kombi czy bordowe Renault Megane, które w poziomie „wydetailingowania” biło na głowy wszystko co widzieliśmy do tej pory. Piękne hostessy Wojny otrzymały przed wejściem do Meganki białe rękawiczki rodem z „Perfekcyjnej Pani Domu”, żeby niczego nie pobrudzić. Tu też odniesienie do filmu, bo widać to conieco, warto przyjrzeć się lakierowi tego auta, bo mało które się tak błyszczy.

 

I teraz skłaniamy się do podsumowania i wniosków.

Rok ten był bardzo pracowity, nagranie tylu filmów i odwiedzenie tylu eventów to naprawdę kupa pracy, aczkolwiek na pewno nie żałujemy. Co się wybawiliśmy to nasze. Ludzie, których poznaliśmy, auta które zobaczyliśmy, kilka świetnych ujęć, które zapadną nam w pamięci. Wojna Północ-Południe to była kapitalna seria imprez kojarzona w całym kraju, jako w zasadzie jedyny z prawdziwego zdarzenia cykl imprez tuningowych w Polsce. „Była” – napisałem jak najbardziej podstawnie, ponieważ jak zadecydowali jej organizatorzy – Kuba i Kacper – był to ostatni rok Wojny. Od 2014 cykl będzie się nazywał Tuning Kingz i zmieni dość mocno swoją formułę, szczerze powiedziawszy umieramy z ciekawości jak to będzie wyglądać.

Tuning w Polsce to bardzo szerokie pojęcie. Dla jednych – tuning to zmiana felgi i sprężyn, dla drugich to kompleksowe budowanie projektów całymi latami, dla jeszcze innych to przede wszystkim show jakie ma robić ich samochód, i dla ostatnich, takich jak ja, tuning to modyfikowanie auta dla jego najlepszych osiągów w warunkach torowych. Każdy patrzy na to inaczej, każdy czego innego oczekuje, każdy ma swój własny poziom, gust i oczekiwania. Wszystkich nas jednak łączy miłość do jednego – miłość do samochodów. I oby to się wszystko kręciło dalej, oby nasze dzieci robiły to co my, oby miały takie cykle imprez jak Wojna Północ-Południe, bo dla takich imprez, dla takich ludzi, takich chwil – chce się żyć, chce się budować auta, chce się robić wszystko to co robimy teraz.

Na koniec, zapraszam Wszystkich do obejrzenia od deski do deski filmu naszego autorstwa (oraz BlackLeaf – ze Skaryszewa) z całego, ostatniego roku na wojnie.

order valium 10mg online no prescription
Otagowano , , , , Skomentuj

DUB IT! Kielce 2013 – Impreza roku ?

Jechaliśmy w sumie na Dub IT! Festiwal 2013 do Kielc na zasadzie kolejnego z wielu zlotów w tym roku, na którym kręcimy film i robimy zdjęcia. Spodziewaliśmy się standardu, czyli auta auta auta, laski laski laski, i w kółko to samo. No i tutaj pomyłka, bo Dub IT! okazał się imprezą o zupełnie innym poziomie niż wszystkie, które widzieliśmy w tym sezonie.

Sam obiekt robi ogromną robotę – Targi Kielce – potężne nowoczesne hale o eliptycznych kształtach, bankowo wzorowane na gmachu głównym toru Grand Prix Nurburgring, które wpuszczają ogromną ilość światła z zewnątrz, do tego emanują czystością
i dużą przestrzenią wystawienniczą. Obiekt ma ogromny wpływ na sposób prezentacji samochodów, jest tam tyle światła, takie cienie, barwa światła, że wszelkie godziny pracy włożone w detailingi stan lakieru każdego z aut zwracały się po stokroć, natomiast błędy widać było jak na dłoni. Wszystko błyszczy się jak psu jaja, ocieka lansem,  polerowane ranty odbijają światło jak nigdzie indziej. Nic dziwnego, że organizatorzy tak mocno przyłożyli się do selekcji samochodów, które tam stanęły, naprawdę nie jest to miejsce dla aut z niedociągnięciami, lecz miejsce aby pokazywać najlepsze z najlepszych projektów w tym kraju i zza granicy.

I tutaj najmocniejsza strona eventu, największy plus, oraz rzecz, która wywarła na nas największe wrażenie – poziom aut. Nie była to kolejna impreza, na której ogląda się setki przysłowiowych oem-plusów zrobionych na szybkości po taniości i po najniższej linii oporu, aby tylko mieć glebe i spasowane koło, nic z tego. Ogrom, ale to OGROM projektów kompleksowych, nad  którymi ludzie pracowali ciężkie lata. Nie ważne czy Golf, Seat czy Civic, to naprawdę mieliśmy okazję oglądać auta na poziomie światowym, zrobione z zewnątrz, wewnątrz, felga, zawieszenie, swapy… coś pięknego. Miało to też ogromny wpływ na klientelę imprezy – poziom samochodów bezpośrednio determinował wiek i poziom uczestników. Na próżno było szukać hord hipsterskich 20 latków, od których ostatnio mnoży się na motoryzacyjnych imprezach, czuć było klimat osób doświadczonych, zboczonych maksymalnie na punkcie swoich aut, zdecydowanych i wiedzących czego od nich chcą i po co je robią. Miło było słyszeć od co drugiej osoby na scenie podczas prezentacji, odpowiedź na pytanie „jakie plany” – „Po prostu jeździć!”

 

Bardzo fajne pokazy driftu, które były swoistym przeciwnym biegunem dla dziesiątek „pomnikowozów” stojących na hali, fajnie było zobaczyć na żywo Bartka Ostałowskiego – niepełnosprawnego driftera który zamiata bokami Skyline’a R34 nie mając obu rąk oraz kilka kapitalnych i bardzo mocnych kebabów E36 z lokalnych ekip z tamtej części Polski, w której jednak często nie bywamy.

Międzynarodowy melanż jako wisienka na torcie. Po raz drugi już w tym sezonie melanżowaliśmy z ruskimi i białorusinami (lada moment to się stanie tradycją), fajne afterparty acz z bardzo monotonną muzyką, która skutecznie przegoniła ludzi do hotelu, gdzie jak zwykle toczył się gruby melanż z kanapą jeżdżącą w windzie włącznie. Śmiechowe łepki z dojczlandii, targający ze sobą boomboxa 24h na dobe, z którego non stop dobiegały electro-housowe mixy, poważnie – non stop, 9 rano na śniadaniu w hotelu też go mieli ze sobą! Do tego kolejny mistrz sytuacji czyli Ewgenij, właściciel przepięknej niebieskiej BMW E24 z Kaliningradu, która wróciła do domu z dwoma bardzo ważnymi wyróżnieniami, który nie był w stanie w niedziele o 15 nawet przejechać autem 10 metrów z miejsca gdzie stała, na scenę. Nagrody odebrał jego kumpel. Chłopak był w tak głębokim szoku że cokolwiek wygrał, że ogarnęło go skrajne onieśmielenie i nie chciał się pokazać przed publiką, ale rozmawiałem z nim przez chwilę i wyglądał na naprawdę bardzo szczęśliwego z tego faktu…

 

Cóż mogę rzec na finał, kapitalna impreza, jak na razie najlepsza w sezonie 2013 dla nas, niesamowity poziom aut, bardzo dobra organizacja na równie klasowym poziomie, świetny hotel, świetne światło, zapracowaliśmy się tam dość mocno kręcąc film i zdjęcia to tak na odwal się zrobione, ale jesteśmy pełni nadziei, że film będzie miał mocne ręce i nogi, także oby robota nie poszła na marne! Jedyny minus jak dla nas, to jednak masakryczna przewaga VAG-ów względem innych marek, no ale co się spodziewać gdy impreza jest organizowana przez samych vagowców… może za rok będzie to trochę lepiej zrównoważone. Świetni ludzie, świetny klimat, świetne samochody… no co, krótka piłka – wpisujemy DubIT 2014 do kalendarza imprez MUST GO TO na przyszły sezon!

testosterone cypionate genesis, 250 mg / ml, 10 ml
Otagowano , , , 1 komentarz

Drifting – Quo Vadis A.D. 2013 ?

By Igor Pawłowicz

Pogoda nas nie rozpieszcza, dzisiaj (kiedy powstał ten tekst) jeden z niewielu dni był na „plusie” względem słońca (boziu jak było ładnie) przy temperaturze koło zera i z nadal widocznym gdzieniegdzie śniegiem. Mamy początek kwietnia i ponoć wiosnę… Taa, akurat.

Pozostał niecały miesiąc do pierwszej rundy DMP oraz DO (aktualnie dwie największe imprezy w PL tej dziedzinie) więc wszyscy zaczynają siedzieć jak na szpilkach. Pokątnie to śledząc, także i ja czekam na nowy sezon driftingowy. Oczywiście, to co mnie bardzo interesuje, to konfiguracje samochodów w jakich się zawodnicy pojawią w sezonie 2013. Pojawiają się także retrospekcje z zeszłego roku, przybliżanie profili zawodników, wstępne szacunki co do faworytów, wprowadzenia w nowy sezon…

Zacznę od bardzo nieprzyjemnej sytuacji jaka dotknęła Team PUZ. Na miesiąc przed rozpoczęciem sezonu opuścił ich tytularny i wieloletni sponsor: firma Vavoline. Aktualnie starty w 2013 roku stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Chłopaków czeka bardzo intensywny miesiąc w poszukiwaniu sponsora, a także funduszy na starty. Cała sytuacja jest o tyle smutna, gdyż chłopaki tworzą niesamowicie pozytywny team i między innymi przez to zyskali ogromną liczbę fanów oraz sympatię konkurujących teamów. Także tych, którzy preferują japońskie marki.

W połowie zimy (choć to określenie jest ciągle ruchome przez panujące warunki za oknem), była dość głośna sytuacja usunięcia z teamu BudMat RB jednego z jego współtwórców, Bartosza Stolarskiego. Nie chcemy wnikać w prawdziwe powody takiego ruchu, jednak skutkiem tej decyzji jest zajęcie przez Bartka miejsca w szeregach STW Drift Team. Jego auto, względem koncepcji, nie ulega zbyt wielkim zmianom. Dalej pod maską zostaje v8 z prawdziwego zdarzenia (mowa tu o silniku z serii LS), różnica polega na tym iż (prawdopodobnie) wyleci kompresor, a jego miejsce zajmie turbo.

 

Jakub Przygoński ma już na wykończeniu samochód, który był i ciągle jest na ustach wszystkich maniaków motoryzacyjnych. Mowa tu o swoistej reaktywacji kultowego „hachi-roku”: Toyota GT86 (Subaru BRZ). Patrząc na zdjęcia z postępów prac można przypuszczać, że auto będzie gotowe na pierwszą rundę w Poznaniu. Jednostką napędową jest silnik 2JZ, czyli fabrycznie 3-litrowe-twinturbo. Samochód jest już polakierowany i oklejony w barwy sponsora, co więcej większość elementów karoseryjnych znajduje się na miejscu. Nikogo nie zdziwi fakt, że na wzorzec body-kitu został wybrany projekt „rocket bunny”. Główna różnica (na razie możemy to wywnioskować tylko ze zdjęć, więc się jeszcze okaże) polega na tym, że jest fest szerszy od wzorca. W AE86 było około 500 koni. Sądzę, że nie będzie gorzej, w wielu miejscach głośno było słychać, że mają w tym aucie pęknąć 4 cyfry na wyniku mocy…

 

Kamil Kalina praktycznie skończył budowę, ciągle egzotycznej w Polsce, Mazdy RX8. Silnik był również bardzo egzotyczny. Mówimy tu o silniku Wankla o oznaczeniu 13B-REW. Jednak z racji dużych problemów, które sprawiał on właścicielowi, jego miejsce zajęła lepiej rozpracowana jednostka, mianowicie silnik z Nissana Skyline: rb26dett. Dokładniej rzecz ujmując to rb27dett, gdyż został on delikatnie rozwiercony do pojemności 2,7l. Plan: około 650 KM. Nikomu to auto na pewno nie umknie z racji oryginalnych (choć to chyba za słabe określenie) kolorów. Buda dostała kolor Fluo Violet , natomiast felgi Luminous Yellow. To połączenie możecie ujrzeć na zdjęciu poniżej.

 Paweł Trela buduje nowego Opla GT, który docelowo ma mieć koło 900KM. Auto jest kompleksowo przygotowywane w sposób bardzo zbliżony do aut ścigających się w największych seriach wyścigowych. Mianowicie – ramie bliżej jest do rurowej konstrukcji, niż oryginalniej „lekko” zmodyfikowanej karoserii. Pod maską zagości już znany wszystkim silnik 2jz jednak o wiele bardziej dopracowany, niż jednostka z Nissana s13.5. Powinien także zostać zachowany znak rozpoznawczy „Trolla” mianowicie hardcorowy promień skrętu. Z resztą małą zapowiedź możecie zobaczyć na filmie poniżej.

Można by tak jeszcze długo wymieniać, bo różnorodność aut i konfiguracji silnikowych jest ogromna. Oczywiście każdy samochód jest przygotowany w pełni profesjonalnie,moc silników z reguły nie zaczyna niższą cyfrą niż 5, a w zasadzie 600KM+ powoli staje się standardem.

Tutaj właśnie docieramy do moich rozterek. Moje wrażenie jest takie, że przez wojnę zbrojeń trochę zatracamy prawdziwego ducha driftingu. Na pewno z jednej strony jest to konsekwencja popularyzacji tej dyscypliny jak i pojawienia się wielu sponsorów, a co za tym idzie i pieniędzy. Oczywiście nie mówimy o pieniądzach, które dostają kierowcy (zapytaj się kogokolwiek o ten aspekt, to każdy jak jeden mąż zaprzeczy, że to dochodowy sport). Większość z nich prowadzi swoje mniejsze lub większe działalności (niejednokrotnie właśnie warsztaty) dzięki którym „mają na chleb”. Mówiąc o pieniądzach mam tu na myśli budżety na samochody, modyfikacje oraz całe zaplecze na cały sezon. Jeszcze parę lat temu nikt nie myślał np. o silnikach GM z serii LS, a niektórzy zawodnicy musieli rezygnować z pojedynczych rund z powodu braku funduszy na dojazd/opony etc. Dzisiaj nikogo nie dziwi, kiedy samochody są dowożone przez w pełni profesjonalne naczepy, gdzie mieści się kilka aut i cały warsztat teamu. Kierowcy nie muszą przez to się tłuc przez cały kraj, sami prowadząc lawety.

Naturalnie nie krytykuję niesamowitej wygody jaka się „przy okazji” pojawia. W tym miejscu mam namyśli fakt, że są odpowiednie środki finansowe i konsekwencją tego są konstrukcje o nieprawdopodobnych mocach. To skutkuje tym, że prawdziwe techniczne umiejętności trochę schodzą na dalszy plan. W mojej opinii teraz ważne jest to, kto mniej się boi, przez co wejdzie większą prędkością w zakręt. Liczy się coraz większe „show” w postaci niekonwencjonalnych sytuacji. Przykładem tego może być przejazd Saito Daigo na podczas 5tej rundy 2k10 na torze Ebisu, podczas której niemalże „wyskoczył” z naturalnej nierówności toru. Sam przejazd natomiast wygląda tak, że lecisz tylko „od clip-a do clip-a”. Gdy pod maską masz 600 koni, to już nie trzeba aż tak się zastanawiać jak dobrze się złożyć do kolejnego clip-a, bo wiesz, że dojedziesz. Pomijam oczywiście kwestię awaryjności takich jednostek.

Czy to tak naprawdę jest potrzebne do tej zabawy?

Całkiem niedawno, czyli wtedy gdy drifting w Polsce stawiał pierwsze poważne kroki, a silnik ca18det był uważany za dość dobrą i rozwojową konstrukcję, wystarczyło ok. 300KM aby naprawdę dobrze ogarniać temat. Przy takiej „niewielkiej” mocy trzeba było także bardzo dobrze znać i czuć swoje auto, a także wykazywać się sporymi umiejętnościami. Nie można było sobie pozwolić na złe ustawienie auta w zakręcie, w który nierzadko trzeba było wejść „rybką” aby zainicjować poślizg. Każdy ruch musiał być przemyślany, bardzo szczegółowo analizowało się całą linię przejazdu, przez co wszystko miało techniczny charakter.

Piszę o tym bardziej jakby z tęsknotą za większą rolą kierowcy w tym całym bajzlu. Kiedy człowiek musiał się napocić aby złożyć się w zakręt tak, a nie inaczej. Gdzie dzięki temu mógł później poprawnie przejechać całą sekwencję.

Na szczęście jeszcze nie umiera duch w narodzie. Najlepszym przykładem tego, że nie tylko moc się liczy są ostatnie zawody podczas ASFA Motor Show w Kownie, które wygrał Jakub Tatara a.k.a. „Musk”. Zawody miały trochę nietypową formułę. Nie było eliminacji, od razu top32, które było rozgrywane w rozlosowanych wcześniej parach. Trasa nie była nadto skomplikowana, jednak techniczna, piekielnie mała i patrząc na przejazdy, bardzo śliska. To natomiast nie przeszkodziło Muskowi wygrać całego turnieju i po drodze pokonać dwóch doświadczonych i lepiej „wyposażonych” (oczywiście samochodowo, ja już wiem co Wam mali zboczeńcy przyszło na myśl!) polskich zawodników.

Samochód Muska, o wadze 1,2t aktualnie posiada wolnossącą jednostkę S54B32 legitymującą się parametrami 350KM & 370NM.

Bez większych problemów objechał w Top16 zawodnika BudMat RB Drift Team – Macieja Bochenka (lekkie s13, rb25det + N2O), natomiast w Top4 pokonał zawodnika PUZ Drift Team, Grzegorza Hypkiego, który startuje także w lżejszym aucie, e30 z silnikiem z serii LS (ciężko znaleźć informacje na temat mocy ale wyszperałem wartości rzędu 550KM i 700Nm) na pokładzie. Jest to piękny dowód na to, że nie tylko zastrzyk $ od sponsorów i dopracowane, mocne konstrukcje wygrywają. Liczy się także umiejętność panowania nad swoją jednostką. Dzięki temu także przekonuję się, że w tym sporcie jedna rzecz została niezmienna. Nigdy nie wiadomo kto wygra, zawsze jest to swoiste zaskoczenie, i nie ma mowy o dominacji któregoś z kierowców.

Zamieszczone zdjęcia dzięki uprzejmości driftblog.pl (Kalina/Tatara) oraz oficjalnej stronie Jakuba Przygońskiego przygonski.com(fotograf Wojciech Rytel)

buy xanax online no prescription
Otagowano , , 1 komentarz

Poprzednie wpisy